Bieg Lwa 22.05.2021 Triathlon Lwa 12-13.06.2021

Aktualności

Konkurs na relację – Jan Kuźniak: Triatlon Lwa - mój debiut

Jakiś czas temu trener zaproponował czy nie wystartowałbym w tej imprezie, ponieważ w tym czasie miałem zaplanowany debiut bliżej mnie w Mietkowie, ale został odwołany. Pierwsze myśli: "Nie to za szybko, nie mam pomiaru mocy, nie mam przygotowanego nawodnienia. Czy będę gotowy? Czy dam radę przepłynąć 1km na jeziorze?". Na basenie nie ma problemu, jednak w otwartych wodach  tylko kilka treningów za mną. Zapadła decyzja: startuję. Kiedyś trzeba zacząć.

A teraz polecę chronologicznie. Środa - idę popływać na zbiorniku, ale były takie fale, że nie dałem rady. Na siłę zrobiłem 600m i trochę podłamany wróciłem. Czwartek rano czuje jakąś infekcje, nasilenie astmy i kaszel. Piątek odbieram rower i jadę sprawdzić, jak działa pomiar mocy i jak się pije z bidonu zamontowanego na kierownicy i drugiego za siodełkiem. W między czasie czytam na fb Triathlonu Lwa, że woda jest ciepła i pianki mogą być jutro zakazane. Wieczorem przegląd roweru i widzę naciętą tylną oponę. Myślę - chyba nie będę ryzykował. Godzina  20:00, zastanawiam się i umawiam się, że rano będę przejeżdżał przez Leszno i w sklepie rowerowym wymienią mi oponę. Godzina 23 proszę żonę o ogolenie głowy, trzeba jakoś wyglądać jutro na debiucie. W połowie maszynka się zepsuła :D Godzina 23.30 - wiadomość do szwagra czy śpi, bo wpadam na szybką wizytę fryzjerską. Szwagier się śmieje, że będę mało aerodynamiczny z połowicznie ogoloną głową. I tak zasnąłem grubo po 1. Chyba stres nie pozwalał zasnąć.

Sobota rano sprawdzam na zegarku, jak wyglądał sen i Garmin pokazuje 0 minut snu głębokiego. Spokojnie śniadanie, pakowanie i ruszam w drogę. Nawigacja pokazuje 237km do celu. Wymiana opony w serwisie w Lesznie. Dojeżdżam do Lusowa. Na miejscu okazuje się, że nie mam paska, aby przypiąć numer na bieg, całe szczęście miałem bojkę ze sobą i od niej wykorzystałem pasek. Dostajemy info, że jest zakaz używania pianek. Skręcam rower i ruszam na start, po 400m jazdy łapię kapcia w wymienionej oponie. I zaczynają się nerwy. Czasu do startu coraz mniej, pytam czy jest jakiś serwis, ale niestety nie ma. Dostaję info, że mam szukać człowieka o nicku „Owoc”. Jak się później okazuje - organizatora. Dobrze, że mam zapasową dętkę, organizator i jeszcze jakiś Pan biorą się za rower, a ja biegnę do auta po pompkę. W czasie biegu do auta widzę, że drogą idzie moja rodzinka (moi synowie, dwie siostry, brat, szwagier i ich dzieci). Zrobili mi niespodziankę i przyjechali na start. Mówię do nich, że chyba nie wystartuję, bo zaraz start i opowiadam w biegu, co się stało. Auto postawione miałem za kościołem, wbiegam do kościoła na 10 sekund, klękam i mówię: „Boże pomóż". Zabieram pompkę z auta i wracam do strefy zmian. Tam przy pomocy rodziny staramy się ogarnąć rower. Większość zawodników poszła już na start, w takiej chwili wszyscy pod wpływem nerwów, staramy się abym mógł wystartować. Trener proponuje pomoc oferując swoje drugie koło. Później z tym kołem mój brat stał w deszczu, aby w razie czego dokonać wymiany.

W strefie została już tylko jedna osoba. OK… chyba się udało. Zawieszam rower i biegnę na plażę. Patrzę na bojki na wodzie - wydaje się mi, że mamy całkiem sporo do przepłynięcia. Puszczają nas czwórkami. Wskakuję do wody, po przepłynięciu 100m czuję lekkie skurcze, już najgorsze myśli w głowie, że jak mnie mocniej złapie skurcz to będę musiał się poddać, a tyle osób przyjechało mnie wesprzeć i nie mogę ich zawieść. Na basenie przez 2 miesiące walczyłem ze skurczami i to takimi, po których nie dało się płynąć. Mijam pierwsza bojkę, skurcze co jakiś czas się pojawiają ale są lekkie, także mogę płynąć dalej. Po minięciu drugiej bojki czuje, że dam radę. Wychodzę z wody, czuje się zmęczony. Później się dowiem, że pływanie poszło mi fatalnie (24:20).

Słyszę krzyki rodziny dopingującej mnie. Wbiegam do strefy zmian. W myślach: „oby tylko znowu nie było kapcia”. Zakładam kask, okulary, buty i ruszam. Po paru kilometrach czuję się dobrze. Fajna trasa, dobra prędkość. Widzę całą rodzinkę, która okrzykami dodaje mi sił. Pogoda się pogarsza zaczyna mocniej wiać i deszcz z każdą minuta się nasila. Rodzina krzyczy, abym na rondach zwolnił, bo ludzie się wywracają. Zwalniam, średnia prędkość trochę spada. Jadę na zadanych przez trenera watach. Kończę 45km na rowerze ze średnia 33km/h. Jestem zadowolony. Najważniejsze, że dojechałem. Później, gdy odbierałem po zawodach rower w tylnej oponie nie było powietrza. Gdy kolejnego dnia zmieniałem dętkę, okazało się, że opona jest kierunkowa i była założona w drugą stronę, ale ok… Wracamy do relacji z wyścigu.

Rower odłożony, myślałem żeby zmienić skarpetki, bo moje były całkowicie mokre, ale te co zostawiłem w koszyku nie wyglądały lepiej. Nie ściągam okularów i ruszam na bieg, mimo że słońca nie ma. Staram się biec według założeń trenera, ale nie daję rady w takim tempie. W pewnym momencie przychodzi mi myśl do głowy: „po co to robisz, mogłeś siedzieć w domu i pić piwo, a nie zdychać”. Myśli o rezygnacji szybko odeszły, gdy przypomniałem sobie, że jest ze mną rodzina. Gdybym był sam dużo łatwiej byłoby się poddać. Kończę bieg w tempie 4:41/na km. Wbiegam na metę, dostaję medal, pojawia się lekkie wzruszenie, kolejny raz uświadamiam sobie jaką mam wspaniałą rodzinę. Ostatecznie mój czas to 2:41:04.

Dziękuje całej mojej Rodzinie za wsparcie, pomoc - nawet w taką ulewę stali i okrzykami dodawali mi sił! Dziękuję też za super zdjęcia. Dziękuję mojemu trenerowi, którego mogłem poznać na żywo i który wygrał te zawody z ogromną przewagą i pokazał moc. Organizatorowi za pomoc i cała imprezę. 

W tym roku może byłem pogubionym lwiątkiem, ale za rok trzeba będzie pokazać pazur. Lusowo - widzimy się za rok. 

Triathlon Lwa Bieg Lwa

Partnerzy główni

Partnerzy techniczni